Lovense Max

Nse Dwa w jednym

Ciężkie jest życie konesera i kolekcjonera – producenci prześcigają się we wzbogacaniu oferty, każdego tygodnia na rynku pojawiają się dziesiątki nowych akcesoriów. Samo śledzenie nieustannie poszerzającego się wyboru wymaga już niemało uwagi i czasu (no ale od czego macie mnie?), jednak użytkowanie… No, użytkowanie to już zupełnie inna para kaloszy – siły witalne nie są nieskończone i nawet największy napaleniec czasami musi przystopować. Dlatego trudno mi powiedzieć, czy mój jęk na wieść o nowym produkcie Lovense był jękiem bezsilności, czy nadchodzącej satysfakcji. A może jedno i drugie?

Lovense Max to wręcz klasyczny przedstawiciel swojej kategorii – męski masturbatora z bardzo niepozorną obudową przypominającą niewielki głośnik (ciekaw jestem, kiedy w końcu któryś producent wpadnie na pomysł dodania fałszywej membrany). W tym momencie pewnie wzdychasz, przewracasz oczami, a kursor wędruje do X w oknie przeglądarki. Nie dziwię się – ile można czytać o tym samym?! Ale spokojnie, nie znikaj jeszcze, bo myślę, że Max ma kilka cech, które co najmniej cię zaciekawią.

Konstrukcja masturbatora jest absolutnie standardowa – kilka pierścieni, które wibrują i dostarczają ci odpowiedniej porcji przyjemności w trakcie zabawy, ale także niewielką pompkę powietrza, która może i jest tutaj elementem niepozornym, ale dostarczającym naprawdę wiele radości! To całkiem fajne, jednocześnie mieć wrażenie uczestniczenia w niezłym bzykanku i seksie oralnym. Z drugiej jednak strony… nie spodziewaj się, że Max zastąpi ci zabawki, które od początku były konstruowane z myślą o zastąpieniu seksu oralnego. Nie ta liga, chociaż sam dodatek z pewnością jest bardzo fajny.

Wnętrze to w sumie też dość klasyczny przedstawiciel tej kategorii męskich masturbatorów – niestety materiał imitujący skórę nie został opracowany wraz z NASA i kosmosu wrażeń raczej nie zapewni, ale wciąż mamy do czynienia z materiałem po prostu dobrym i dobrze pełniącym powierzoną mu funkcję. Poważniejszy problem objawia się jednak przy korzystaniu i jest co najmniej niespodziewany.

Wnętrze Maxa jest zarówno dość ciasne, jak i, co znajdzie pewnie zarówno zwolenników, jak i przeciwników, cholernie lepkie! Mówię serio, jeśli lubicie przepychać małego przyjaciela przez wnętrze kobiety, to jest to produkt dla was (jeśli nie lubicie to też, bo to naprawdę ciekawa odmiana po tych wszystkich masturbatorach, przez które dosłownie się sunie). Drobny minus – lepkość materiału sprawia, że przyczepia się do niego praktycznie wszystko, na czele z kurzem. Pamiętaj o płukaniu przed użyciem.

Minus? Absolutnie nie tykaj Lovense Max, jeśli masz ponadprzeciętnie dużego, bo możesz mieć problem z jego włożeniem – albo z wyciągnięciem, co zdecydowanie będzie sytuacją gorszą (prawdopodobnie nie obędzie się wtedy bez siłowego rozwiązania, przynajmniej takie mam wrażenie, patrząc na ten materiał). Jeśli jednak należysz pewnie do jakichś 99,9% męskiej populacji, to takie dziwne sytuacje ci nie grożą, a Max pozwoli spędzić ze sobą sporo krótszych i dłuższych chwil. A i nawiasem mówiąc, cipka czasami lubi się zapowietrzyć – możesz wtedy odchylić jej materiał od obudowy puszki.

No widzisz, zapomniałem wspomnieć o najważniejszym! Ale to za chwilę, wcześniej przyjrzyjmy się zawartości pudełka.

Co kryje się w środku?

Przyznaję, że trochę zawiodłem się brakiem najmniejszej porcji środka czyszczącego czy lubryfikantu, które coraz częściej są dodawane w standardzie (często nawet dość hojnie, choć oczywiście nie licz na to, że zapas wystarczy ci na dłużej). W przypadku Lovense niestety będziesz musiał użyć własnych zapasów – pudełko zawiera tylko samego Maxa, kabel USB do ładowania, instrukcję oraz odbiornik Bluetooth pozwalający na bezprzewodową komunikację z komputerem. W jakim celu ta ostatnia? Pozwól, że wrócę do najważniejszego tematu.

Chociaż Lovense Max przypomina zarówno wyglądem, jak i funkcjami klasyczny męski masturbatora, to pozory bardzo mylą, bo mamy oczywiście do czynienia z urządzeniem, które umożliwia cyberseks, który naprawdę będzie miał w sobie więcej „seks” niż „cyber”. Innymi słowy: hi-tech pełną gęb… dziurą!

Możliwości są całkiem niezłe – producent udostępnia osobną aplikację do zainstalowania, która umożliwia sparowanie jego urządzeń i uprawianie seksu z nieznajomym (po wcześniejszym dodaniu na listę znajomych, więc w sumie już nie takim nieznajomym). Możemy bezpośrednio zamówić także zestawy: Maxa z Norą (kobiecym wibratorem) lub dwa Maxy (chociaż trochę dziwnie byłoby uprawiać cyberseks z drugim facetem poprzez wsadzanie fiuta do sztucznej cipki. No ale może akurat takie klimaty cię kręcą? Nie mnie oceniać). Zabawki można połączyć z telefonami – możesz sterować zarówno swoją, jak i tą partnerki czy partnera. Całkiem fajna dominacja!

Inne zalety? Całkiem pojemny akumulator, stosunkowo łatwe czyszczenie (uważaj, bo Max nie jest całkiem wodoodporny!). Wkładka wykonana z bezpiecznego i hipoalergicznego materiału, nie musisz więc obawiać się, że narazisz swojego małego przyjaciela. 

Niestety rękaw jest dostępny tylko jeden, nie poszalejesz z konfiguracją – ale ten domyślny (bo jedyny) powinien być wystarczający, jeśli nie oczekujesz czegoś naprawdę nie z tej Ziemi.

Warto czy jednak nie?

Nie ma się co oszukiwać – akcesoria pozwalające na bezpieczny i wygodny cyberseks zazwyczaj cechują się całkiem wysokimi cenami. Max od Lovense to z pewnością interesujący, znacznie tańszy zamiennik, który naprawdę nie jest złym produktem, szczególnie w swojej kategorii cenowej. Oczywiście nie powinniście spodziewać się możliwości, jakie dadzą wam ponad dwukrotnie droższe gadżety, ale z drugiej strony jeśli nie zadowala was byle co i jednocześnie nie chcecie zmasakrować zawartości swojego portfela, to jest to zdecydowanie wybór dla was.