Lelo Hugo

Nuda, panie, nuda

Masturbator, masturbatora żołędzi, masturbator i symulator blowjoba w jednym, sam symulator blowjoba – tak można streścić większość (ogromną większość, podkreślę) zabawek, jakie mamy do dyspozycji. Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że producenci wyczerpali już formułę i odgrzewają kotlety – przecież innowacyjność tych produktów jest dosłownie powalająca, a wykorzystanie wszechobecnej dziś technologii tylko podnosi poprzeczkę wyżej i stawia nowe, nowe i znów nowe wyzwania. Tylko… ile można?

Powinienem powiedzieć – jak prawdziwy facet! – że masturbację mam już w dupie. Mój członek przez ostatnie kilka miesięcy prawdopodobnie przebył dystans dłuższy niż przeciętny maratończyk w ciągu kilku lat. No cóż, w końcu jestem koneserem, prawda? Ale nawet najwytrwalszemu facetowi w końcu coś może się znudzić, a wtedy należy szukać nowych wrażeń – Lelo Hugo to właśnie klucz do nowych wrażeń, chociaż w pierwszej chwili możesz w ogóle się zdziwić, że proponuję ci coś takiego (oczywiście nie do wspólnej zabawy, nie wyobrażaj sobie!).

Wsadź go… do tyłu

Hugo to nie masturbatora, lecz masażer – zaprojektowany w taki sposób, by jednocześnie zajmować się twoim perineum (obszarem między genitaliami a odbytem, znasz go dobrze z autopsji, ale pewnie nie wiedziałeś, że tak się nazywa) i gruczołem prostaty (tu już oczywiście musisz go wsadzić w wiadome miejsce). Gadżet ma w sobie zainstalowane dwa silniczki – zaskakująco silne.

Zgaduję, że właśnie zacząłeś zadawać dość dużo niewygodnych i niepokojących pytań, prawda? Tak, też czytam Internet i doskonale znam historie z SOR-ów i innych przybytków, do których trafiali pacjenci z różnymi dziwnymi rzeczami w tyłkach (przecież obaj wiemy, że nie musisz nawet zbyt długo szukać, by znaleźć prawdziwe galerie i kolekcje takich przedmiotów – no ale jednak trzeba jakoś uwiecznić pamięć o ludziach, którzy potrafią sobie tam włożyć nogę od krzesła czy inne, równie spektakularne, wanna-be masturbatora). Bez obaw, producent o tym pomyślał – kształt Lelo Hugo został zaprojektowany w taki sposób, by wciągnięcie go do odbytu w najprzyjemniejszych chwilach było niemożliwe (a jeśli ci się to udało, to uwierz mi, że ten fakt jest prawdopodobnie twoim najmniejszym problemem – już bardziej na poważnie, fizycznie jest to niemożliwe, Hugo przypomina kształtem kopniętą literę „v” albo bardziej kwadratowe „u”). Bezpieczeństwo przede wszystkim, brak krępujących pytań od lekarza – także!

Użycie jest oczywiście dość proste, w sieci można znaleźć jednak porady, że jeśli to wasz pierwszy raz analnych pieszczot, to lepiej będzie użyć Hugo „na odwrót” (część domyślnie przeznaczona dla perineum jest po prostu mniejsza, a to może mieć kluczowe znaczenie, jeśli nigdy wcześniej nie zabawialiście się w taki sposób). Do wyboru aż osiem trybów wibrowania: od jednostajnego tempa po pulsowanie, potrząsanie czy nawet totalnym ruchowym chaosie (przygotuj się na nieprzewidywalne!). Nawiasem – ten gadżet wcale nie musi być użytkowany przez ciebie, możesz go także kupić swojej partnerce, bo idealnie nadaje się do jednoczesnej stymulacji punktu G oraz łechtaczki. Jeśli zamierzacie go używać naprzemiennie, to pamiętajcie jednak o porządnym wyszorowaniu…

No dobrze, ale w jaki sposób w ogóle sterować urządzeniem, do którego dostęp jest bądź co bądź utrudniony niezależnie od tego, czy stoimy, czy siedzimy? Oczywiście posłuży nam do tego mały, zgrabny pilot – na dodatek wyposażony w mechanizm, który pozwala na kontrolę zabawki tylko za pomocą ruchu ręki (szybsze ruchy – mocniejsze wibracje, wolniejsze oczywiście zwalniają tempo). Zdania na temat tego elementu są podzielone – inni użytkownicy (w tym ja) przyznają, że nie mogą bez niego żyć, jeszcze inni raczej nie potrzebowali takich urozmaiceń zabaw i pilot w praktyce zbierał kurz, co najwyżej służąc do uruchomienia Hugo. Nawiasem mówiąc: jeśli interesowałby was Hugo bez pilota, to identyczny model pozbawiony tej funkcji (także trochę tańszy) nazywa się Bruno. Nie pomylcie się!

Jak doznania?

Przyznaję, że początkowo miałem sporo obaw przed użyciem Hugo – w końcu mało który facet lubi mieć cokolwiek w tyłku, a wielu z nas wzdryga się na samą myśl. No ale raz kozie śmierć, w końcu recenzencka rzetelność wymaga ofia… poświęcenia! Jeśli jesteście początkującymi, to zdecydowanie odradzam wsadzanie zabawki wyłączonej i włączanie dopiero wtedy, gdy wszystko będzie na swoim miejscu – silniczki zamontowane w Hugo, choć ich rozmiar może absolutnie tego nie sugerować, są naprawdę potężne. Chociaż wkładanie już wibrującego gadżetu może być odrobinę trudniejsze, to oszczędzicie sobie niemałego szoku, który niedoświadczonemu użytkownikowi na pewno da się we znaki. Na szczęście nieprzyjemne uczucie mija raczej szybko, a późniejsza intensywność doznań jest zaskakująca – niektóre klasyczne masturbatory mogą się schować! Powiem więcej – to nawet ciekawe, nowe uczucie: szczytować bez użycia rąk czy nawet czegokolwiek nałożonego na członka. Oczywiście bardziej doświadczeni pewnie uśmiechną się z politowaniem, ale jestem pewien, że i oni docenią zalety Hugo lub wręcz mają go już od jakiegoś czasu w swojej kolekcji.

Całość ładowana za pośrednictwem USB, nie będziecie mieć więc żadnego problemu nawet wtedy, gdyby kabel od producenta postanowił się uszkodzić (a niestety o trwałości takich kabli doskonale wie każdy, kto kiedykolwiek miał urządzenie ładowane za pośrednictwem tego portu). 

Ergo?

Lelo Hugo to zaskakująco przyjemny gadżet – chociaż na pierwszy rzut oka może raczej wydawać się czymś, co kupilibyśmy absolutnie ostatnie, a już na pewno nie wkładali tam, gdzie nie chcielibyśmy mieć innych rzeczy. Faktycznie uprzedzenia mogą spowodować, że zrezygnujecie z zakupu, także pozornie wysoka cena może być przeszkodą – też miałem takie dylematy. Jednak dziś, już jakiś czas po zamówieniu Hugo, muszę przyznać, że była to naprawdę dobra decyzja. No i jak już wspominałem – wcale nie musisz być facetem, kobiety także znajdą trochę zastosowań dla Hugo.