Fleshlight Launch Opinie

Kiiroo i Fleshlight to dwie marki, których nie trzeba przedstawiać miłośnikom męskich seks zabawek – ich produkty to istny Aston Martin tej branży, które od A do Z zaprojektowano tak, że w brakuje jeszcze tylko, aby gotowały, dzięki czemu do końca życia mógłbyś wieść szczęśliwy żywot kawalera. Iść na piwo z kolegami zawsze i wszędzie i wracać o trzeciej nad ranem w stanie wybitnie wskazującym, nie mając z tyłu głowy litanii i awantur, które nadejdą. Ech, rozmarzyłem się…

Latarka, która nie świeci

Do rzeczy. Fleshlight Launch to kolejny męski masturbator, który trafił w moje ręce (tak, „ręce”, już wiem, o czym pomyślałeś) i kolejny dowód na to, że choć życie bywa niesprawiedliwe, to akurat w kwestii wyboru zabawek dla naszych przyjaciół wybór mamy co najmniej szeroki.

Jawnej niesprawiedliwości w postaci wielokrotnego orgazmu u kobiet raczej nie przeskoczymy – dlatego wykorzystujmy najlepiej nasze siły witalne przy każdym pojedynczym podejściu. Dzięki Fleshlight Launch będzie to nawet wskazane, bo tak naprawdę sam w sobie nie jest zabawką, ale czymś znacznie więcej!

Z czym się to… je?

Zawartość pudełka jest raczej standardowa: urządzenie, kabel USB do ładowania, karta gwarancyjna oraz instrukcja. Sam Launch wygląda dosłownie obłędnie – smukła, czarna obudowa przypomina gadżet rodem z planu filmu SF. Wiecie, w każdym filmie jest Urządzenie, Którego Absolutnie Nie Należy Dotykać – ale bohater i tak dotknie. Z tobą będzie pewnie podobnie.

Jeśli na lekcjach angielskiego spałeś, to wyjaśniam, że „Launch” jest nazwą absolutnie nieprzypadkową – nie otrzymaliśmy tu klasycznego masturbatora, lecz świętego Graala wszystkich napalonych leniów, którzy szukali przepisu na to, jak swoje lenistwo wynieść na wyższy poziom.

Przed tobą podstawka pod masturbatory – instalujesz odpowiedni, wkładasz swojego przyjaciela, włączasz i odpływasz w krainę rozkoszy. Niestety Popeye odzyska miano największego koksa na dzielni.

Zachęcony informacjami od producenta od razu postanowiłem zapoznać się z możliwościami, jakie wynikają z faktu, że to produkt opracowany przez dwie firmy. I muszę przyznać, że nawet pobieżne rzuceniem okiem pozwala stwierdzić, że to JEST GENIALNE! Zwłaszcza wtedy, jeśli zaopatrzyłeś się w przeszłości w jeden z produktów Fleshlighta i czujesz już, że jednak jesteś zmęczony własnoręcznym seksem.

Jeśli interesowaliście się swego czasu „latarkami”, to doskonale wiecie, że dostępne są one w bardzo różnorodnych formach – coś dla siebie znajdą tu zarówno miłośnicy klasycznego seksu, jak i analu. Ci pierwsi mają jednak ofertę zdecydowanie ciekawszą (no bo z drugiej strony to ile modeli odbytu można stworzyć?) – w ofercie producenta są modele, które odwzorowują cipki kilku znanych gwiazd porno, między innymi Lisy Ann czy Romi Rain. Jeśli jesteś więc zapalonym (a nawet napalonym) fanem jednej z tych niewiast niezwykle zasłużonych dla branży, to czy naprawdę muszę ci jeszcze sugerować, jaki powinien być twój najbliższy zakup?

Powiem nawet więcej – oczywiście możesz skorzystać, jak zrobiłem to ja, z trybu „włącz i zapomnij” (chociaż czy takie urządzenie pozwoli o sobie zapomnieć?) i oddać się we władanie swojej wyobraźni. Możesz. Tylko po co, jeśli producent jednocześnie udostępnia ci bogatą filmografię? Jakieś cztery tysiące filmów – wiele życiodajnej cieczy upłynie, zanim uporasz się z choć niewielką częścią tej imponującej kolekcji. Nie, nie traktuj tego jak wyzwania – mierzmy siły na zamiary, ja i ty.

Niewielka łyżka dziegciu do tej beczki miodu – dokładnie sprawdźcie, czy wasz produkt Flesfhlighta jest kompatybilny z Launchem. Zdecydowana większość sprzętów jak najbardziej będzie współdziałać, ale jeśli postanowicie wzbogacić swoja zabawkę o takie cacko, może okazać się, że i tak będziecie musieli dokupić Fleshlighta, który będzie kompatybilny. No i przy okazji – Launch jest dość duży, na pewno większy niż samodzielne masturbatory. Zabranie go w podróż w mało pojemnej walizce czy w plecaku może okazać się trudnym zadaniem. A, nie wkładaj swojego przyjaciela do środka przed włączeniem – Launch czasami na początku lubi się nagrzać.

Samo użytkowanie? Banalnie proste – przy pomocy przycisków po bokach urządzenia. Pozwalają na bardzo szybką zmianę dynamiki zabawki. Znudziłeś się lub poczułeś, że potrzebujesz czegoś ostrzejszego lub wręcz przeciwnie – wolniejszego? Nie ma problemu, jeden ruch ręką i et voilà! Jeśli postanowisz zrobić sobie przerwę, zatrzymanie Launcha też jest śmiesznie proste.

Ach, byłbym zapomniał, ale ty nie zapominaj – VR to nadchodzący bóg cyberseksu. Jeśli jeszcze nie zaopatrzyłeś się w zestaw do wirtualnej rzeczywistości, to NA CO JESZCZE CZEKASZ, DO DIABŁA?! Nawet nie wiesz, ile cię omija!

A skoro przy VR jesteśmy… Cholera, to jest genialne, naprawdę genialne. Ze wstydem przyznaję, że moje dwa modele Fleshlighta od pewnego czasu zbierały kurz, bo po prostu zrobiłem się nad wyraz wygodny – ot, wzbogaciłem swoje cenne zasoby o kilka gadżetów, które wykonywały brudną robotę za mnie. Bo po co marnować siły, jeśli elektronika może zrobić coś za ciebie? No ale teraz nie mam już podobnej wymówki – a jeśli połączysz Launcha z Fleshlightami takich gwiazd jak Riley Reid, Lana Rhodes czy Veronica Rodriguez… Oj, to naprawdę jazda bez trzymanki. 

Czy to sen, czy rzeczywistość?

Czyszczenie Launcha – banalnie proste (musisz mi uwierzyć, że zwracam uwagę na takie rzeczy, tak często mając okazję użytkować swoją kolekcję). Najwyższa możliwa prędkość to aż 180 posuwów na minutę, czyli 3 razy na sekundę – ojjjj!

Nie ma co się oszukiwać – jeśli do tej pory użytkowałeś Flashlighta i chcesz wnieść to doświadczenie na wyższy poziom (a przy okazji jesteś leniem, o czym już wspominałem – ale spoko, ze mnie też żaden demon pracoholizmu), to nawet się nie zastanawiaj. Kupuj, rżnij, rżnij i jeszcze raz żnij – oby tylko bateria za tobą nadążyła! No i mimo wszystko pamiętaj – Launch to raczej urządzenie stacjonarne, nie jest ciężkie, ale zajmuje dużo miejsca. Z drugiej strony… kilka dni na samym Fleshligcie chyba przeżyjesz!